Sprzedawca bez sklepu
Rozmowa zaczyna się zgoła niewinnie. Młode zazwyczaj osoby zaczepiają przechodnia i proszą jedynie, by zechciał ocenić podsuwany mu pod nos produkt. Zaręczają, że absolutnie nie chcą go sprzedać. Uścisk dłoni - gratulacje za dobre wyczucie ceny towaru - propozycja kupna go właśnie za taką okazyjną kwotę... Właśnie staliśmy się klientem sprzedawcy bez sklepu.Ostatnio hitem na Śląsku - przynajmniej w ocenie handlowców działających w tzw. sprzedaży bezpośredniej - jest nakładane na ucho miniurządzenie, które nie pozwala usnąć za kierownicą. Piszczy, gdy broda opada parę centymetrów w dół. Pierwotna cena 40 zł spadła po pięciu minutach do okazyjnych 10 zł. Jedni przechodnie się buntują - wszak proponowano im na początku rozmowy tylko pomoc w ocenie produktu, inni kupowali urządzenie. Pytani - tłumaczyli, że dla syna, zięcia, szwagra. Bo dużo pracują ,za kółkiem i może im się przydać. Nie myśleli, że zmęczonemu kierowcy przyda się sen lub postój na poboczu. Ulegli magii sprzedaży bezpośredniej.